Zapowiadaliśmy to dwa dni temu, w przeddzień: zagroda gotowa, koziarnia stoi, a łąka jeszcze pusta. Dziś możemy napisać zdanie, na które czekaliśmy od wiosny — kozy dotarły do Farmageddon i mają się dobrze. Przyjechały rano, wyszły z transportu spokojnie, w ciągu kilkunastu minut były już przy trawie. Żadna nie kaszlała, żadna nie kulała, wszystkie jadły. W hodowli to najlepszy komplet informacji, jaki można dostać pierwszego dnia.
Ten wpis jest o trzech rzeczach. O tym, skąd te kozy do nas trafiły — bo to nie jest zwykły zakup i chcemy to powiedzieć wprost. O tym, jak wyglądały pierwsze godziny i na co patrzyliśmy, zamiast się wzruszać. I o rzeczy najbardziej praktycznej: mamy w stadzie mamę w laktacji, więc dojenie przestało być teorią z książki. Na końcu znajdziesz konkretny, krok po kroku poradnik ręcznego doju kozy — taki, jakiego sami szukaliśmy tydzień temu.
Pierwszy akt: przyjmujemy zwierzęta z likwidowanych hodowli
Nasze kozy nie pochodzą z hodowli, która się rozwija. Pochodzą z hodowli, która się kończy. Gospodarstwo zwijało stado — powody bywają różne: wiek, zdrowie, ekonomia, brak następcy — a zwierzęta trzeba było gdzieś rozdysponować. Dla kozy taki moment ma zwykle dwa możliwe zakończenia. Jedno z nich jest oczywiste i nikt o nim nie pisze na blogu.
Wybraliśmy drugie i chcemy, żeby to była zasada, a nie jednorazowy gest. To pierwszy z aktów, które planujemy w Farmageddon pod jednym hasłem: przyjmujemy zwierzęta z likwidacji hodowli i dajemy im warunki lepsze niż te, z których wyszły. Nie „ratujemy" w sensie medialnym — po prostu bierzemy odpowiedzialność za konkretne zwierzę, które akurat straciło miejsce.
Warto powiedzieć uczciwie, gdzie kończy się romantyzm. Zwierzę z likwidowanego stada nie jest darmowe i nie jest bezproblemowe:
- Nie wybierasz genetyki ani wieku — bierzesz to stado, które jest, z jego historią i wadami.
- Dokumenty i zgłoszenia trzeba mieć w porządku — kolczyki, rejestr, zgłoszenie przemieszczenia w systemie. Koza bez papierów to problem, nie oszczędność.
- Kwarantanna nie jest opcjonalna — nowe zwierzęta trzymamy osobno od reszty gospodarstwa, zanim wpuścimy je do wspólnego obiegu.
- Stres transportu mści się kilka dni później — objawy chorobowe lubią wyjść na drugi, trzeci dzień, nie pierwszego.
Z drugiej strony dostaje się coś, czego nie kupi się za żadne pieniądze: zwierzęta ułożone, przyzwyczajone do człowieka i do doju. Nasze dają się prowadzić na lince, nie panikują przy dotknięciu, jedna sama podeszła sprawdzić, co robimy. To dorobek poprzedniego gospodarza i traktujemy go jak depozyt.
Pierwszy dzień: na co patrzeć zamiast się wzruszać
Wzruszać można się wieczorem. W dniu przyjazdu obowiązuje lista i jest krótka, bo koza mówi o swoim stanie bardzo wyraźnie, tylko trzeba wiedzieć, gdzie patrzeć:
- Czy je? Zwierzę, które w ciągu godziny od rozładunku bierze trawę albo siano, jest w porządku. Koza, która stoi i nie je, to pierwszy sygnał ostrzegawczy.
- Czy przeżuwa? Po kilku godzinach powinna ruszyć „gumę" — rytmiczne przeżuwanie. Brak przeżuwania u przeżuwacza znaczy problem z żwaczem.
- Jak stoi i jak chodzi? Kulawizna po transporcie bywa od stłuczenia, ale bywa też od zaniedbanych racic. Racice sprawdzamy w pierwszym tygodniu, nie w pierwszym miesiącu.
- Jak wyglądają bobki? Uformowane, osobne kulki — dobrze. Papka albo biegunka po zmianie paszy to sygnał, żeby zwolnić z zieloną trawą.
- Czy trzymają się razem? Koza to zwierzę stadne. Osobnik, który odłącza się od grupy i stoi tyłem, zwykle źle się czuje.
Nasze zaliczyły wszystkie punkty. Jadły, przeżuwały, chodziły równo i trzymały się kupy. Pasą się na razie na lince, pod okiem, bo panelowe ogrodzenie zagrody domykamy w tym tygodniu — a koza puszczona luzem na niedokończony płot znajdzie w nim dziurę szybciej, niż zdążysz odłożyć narzędzia.
Jedną rzecz zrobiliśmy świadomie wbrew odruchowi: nie zmienialiśmy im gwałtownie paszy. Zwierzę po transporcie dostaje przede wszystkim siano i wodę, a bujna, mokra od mgły trawa jest wprowadzana stopniowo. Nagłe przejście na młodą zieloną masę u przeżuwacza kończy się rozstrojem żwacza — i to nie jest drobiazg, tylko realne ryzyko.




Mamy mamę w laktacji — czyli koniec teorii
W stadzie jest koza w laktacji. To zmienia rytm dnia całego gospodarstwa, bo laktacja nie negocjuje: wymię napełnia się niezależnie od tego, czy masz ochotę, czy pada deszcz. Dój to zobowiązanie dwa razy na dobę, mniej więcej co dwanaście godzin, najlepiej o stałych porach. Nie dlatego, że tak ładnie — tylko dlatego, że nieregularny dój obniża wydajność i zwiększa ryzyko zapalenia wymienia.
Ile mleka? Zależy od rasy, wieku i etapu laktacji. Realistycznie od około litra do trzech dziennie u kozy użytkowej w pełni laktacji. Szczyt przypada mniej więcej w drugim miesiącu po wykocie, potem ilość powoli spada.
Jak doić kozę ręcznie — krok po kroku
Ta część jest dla wszystkich, którzy pisali do nas z pytaniem „a jak się w ogóle doi". Zebraliśmy to w kolejności, w jakiej wykonuje się czynności. Najważniejsze zdanie na start: nie ciągnie się za strzyk w dół. Ściąganie palcami wzdłuż strzyku uszkadza tkankę, boli zwierzę i z czasem prowadzi do stanów zapalnych. Dój polega na zamknięciu mleka i wypchnięciu go ciśnieniem.
1. Przygotuj stanowisko
Najlepiej podest udojowy — podwyższenie z blokadą na szyję i miską na paszę treściwą z przodu. Koza sama wchodzi, bo wie, że tam jest owies. Dzięki temu dój jest dla niej nagrodą, a nie mocowaniem się. Stanowisko na wysokości pasa oszczędza kręgosłup dojącego — to nie luksus, to warunek, żeby robić to dwa razy dziennie przez pół roku.
2. Higiena — zanim dotkniesz wymienia
- Umyj ręce. Krótkie paznokcie — długie ranią strzyk.
- Wymię przemyj ciepłą wodą lub chusteczką do wymion i wytrzyj do sucha. Sucho jest ważniejsze niż mokro — po mokrym wymieniu brud spływa prosto do wiadra.
- Masaż ciepłą dłonią przez kilkanaście sekund wyzwala oksytocynę i uruchamia wypływ mleka. Pominięcie tego kroku to dój pod górkę.
3. Zdój pierwsze strugi osobno
Pierwsze dwa–trzy strumienie z każdego strzyku zdój do osobnego kubka (tzw. kubek kontrolny, z ciemnym dnem albo sitkiem), nie do wiadra. Dwa powody. Po pierwsze, w kanale strzykowym siedzi najwięcej bakterii — nie chcesz ich w mleku. Po drugie, to twój codzienny test na mastitis: kłaczki, skrzepy, mleko wodniste lub różowe oznaczają zapalenie wymienia i telefon do weterynarza, a nie „zobaczymy jutro".
4. Właściwa technika doju
Ruch jest zawsze ten sam i wykonuje się go rytmicznie, jedną ręką po drugiej:
- Zamknij górę strzyku — kciukiem i palcem wskazującym obejmij nasadę strzyku i ściśnij. To zamyka drogę powrotną mleka do wymienia.
- Wyciśnij w dół — kolejno palcem środkowym, serdecznym i małym zaciskaj strzyk od góry do dołu, jak przy wyciskaniu pasty do zębów. Mleko wychodzi strumieniem.
- Rozluźnij całą dłoń — strzyk musi się ponownie wypełnić. Zbyt szybkie powtórzenie bez rozluźnienia to dojenie „na sucho".
- Powtarzaj rytmicznie, na zmianę lewa–prawa. Spokojne tempo daje więcej mleka niż szarpanie.
Czego nie robić: nie ciągnąć strzyku w dół, nie skręcać, nie doić dwoma palcami (tzw. szczypanie) — poza kozami o bardzo małych strzykach, gdzie nie ma innej możliwości, i wtedy tym delikatniej.
5. Dokończ dój
Kiedy strumień słabnie, zmasuj wymię od góry ku dołowi i zdój resztę. Wymię po doju ma być miękkie i puste. Zostawione mleko to strata wydajności i zaproszenie do zapalenia — niedodojona koza produkuje mniej, bo organizm odczytuje zaleganie jako sygnał do zmniejszenia produkcji.
6. Po doju
- Dipping — zanurz lub spryskaj strzyki preparatem do dezynfekcji po doju. Kanał strzykowy pozostaje otwarty jeszcze 20–30 minut.
- Nie kładź kozy od razu — zatrzymaj ją na stanowisku przy paszy na te kilkanaście–dwadzieścia minut, aż kanał się domknie. To najprostsza profilaktyka mastitis, jaką znamy, i nic nie kosztuje.
7. Mleko — pierwsza godzina decyduje
- Przecedź natychmiast przez sitko lub filtr mleczny.
- Schłodź szybko — celem jest poniżej 4°C w ciągu godziny. Wiadro do zlewu z zimną wodą i lodem schładza kilka razy szybciej niż sama lodówka.
- Szczelnie zamknij — mleko kozie chłonie zapachy jak gąbka. Trzymane obok sera czy cebuli będzie smakowało serem i cebulą.
- Kozioł z dala od udoju — charakterystyczny „kozi" posmak mleka to w dużej mierze zapach samca przeniesiony na sierść i do wiadra, a nie cecha mleka samego w sobie. Dobrze utrzymane mleko kozie jest łagodne i słodkawe.
Co dalej z tym stadem
Plan na najbliższe tygodnie jest nudny i taki ma być. Domykamy panelowe ogrodzenie zagrody, żeby kozy mogły chodzić luzem zamiast na lince. Przeglądamy racice i ustalamy kalendarz korekty. Robimy badanie kału pod kątem pasożytów i odrobaczamy według wyniku, a nie „na wszelki wypadek" — odporność pasożytów na preparaty to u małych przeżuwaczy realny problem i nie chcemy go sobie wyhodować. Ustawiamy stały rytm doju rano i wieczorem.
Potem zaczyna się część, na którą naprawdę czekamy: mleko przerobione u siebie. Twaróg, a docelowo sery dojrzewające — ale o tym napiszemy wtedy, kiedy będziemy mieli co pokazać, a nie kiedy będziemy mieli o tym pomysł.
Na razie mamy kilka kóz, które jeszcze tydzień temu miały bardzo niepewną przyszłość, a dziś stoją po brzuchy w mokrej trawie przy ścianie lasu i jedzą. To dobry pierwszy akt.
Jeśli sam rozważasz przyjęcie zwierząt z likwidowanego stada albo masz pytania o dój — pisz. Odpowiadamy na wszystko, a przez najbliższe miesiące będziemy relacjonować, jak te kozy się u nas aklimatyzują — z błędami włącznie.
Komentarze
Twój komentarz pojawi się po zatwierdzeniu przez moderatora.
Ładowanie komentarzy…